Wczoraj nadwarciańskie okolice Poznania zalane zostały przez tłumy ludzi, którzy albo chcieli wypuścić w powietrze lampion albo przyszli obserwować szybujące w górę światełka. Wszystko to z okazji Nocy Kupały czyli najkrótszej nocy w roku. Ja z Moim Mężczyzną zasiliłam szeregi obserwatorów, pijąc piwo na trawie nieopodal kościoła św. Rocha. Jako, że komary cięły okrutnie, a przed nosami paradowały nam setki ludzi, to dość szybko wróciliśmy do domu, wzdychając tęsknie za grillem, do którego pogoda była idealna. Szczęśliwie w lodówce czekały marynujące się od kilku godzin piersi z kurczaka, które po przyrządzeniu na patelni grillowej w pewnym stopniu zaspokoiły apetyt na grilla. No właśnie, pisząc ostatnio o moich zasobach sprzętu kuchennego, pominęłam patelnię grillową! Wszystko, co na niej smażę, smakuje wyśmienicie, dlatego z tego miejsca przepraszam ją za to rażące niedopatrzenie.
Przepis powstał spontanicznie, z potrzeby chwili. Bałam się, że jeżeli nie zabezpieczę jakoś niewykorzystanego mięsa, to nie przetrwa ono do kolejnego upalnego dnia. Smażenie go po powrocie znad rzeki ok. godziny 23 było czystą przyjemnością. W domu rozszedł się cudowny zapach, który przywodził na myśl nie tylko podniebne grillowanie, ale też kościelne kadzidło! To z pewnością zasługa rozmarynu i szałwii. Zioła i tajemniczy aromat idealnie wpisały się w klimat Nocy Świętojańskiej.
GRILLOWANE PIERSI Z KURCZAKA W MARYNACIE CYTRYNOWO-ZIOŁOWEJ
2 filety z kurczaka, 1/4 szklanki oliwy z oliwek (nie extra vergine), sok z połowy cytryny, duża szczypta lekko pokruszonych suszonych płatków czosnku (oczywiście nada się też pokrojony w plasterki duży ząbek świeżego czosnku, ale akurat go nie miałam), mieszanka przypraw w młynku, składająca się z soli morskiej, rozmarynu, suszonej skórki cytrynowej, gorczycy, szałwii, kopru oraz białego i różowego pieprzu (gotową mieszankę kupiłam w Lidlu, oczywiście można ją skompletować samodzielnie i użyć świeżo startej skórki z cytryny zamiast skórki suszonej), opcjonalnie świeża natka pietruszki.
Umyte i oczyszczone piersi z kurczaka wkładamy do miski, zalewamy oliwą, dodajemy wszystkie przyprawy i obtaczamy w nich dokładnie mięso. Zostawiamy przynajmniej na godzinę w lodówce. Smażymy na patelni grillowej, przelewając na nią całą oliwę. Czosnek zacznie się szybko palić. Zdejmujemy go wtedy z patelni, żeby nie nabrał goryczy.
Po tym, jak kurczak zrumienił się już mocno z obu stron, postanowiłam pokroić go na kawałki, żeby mieć pewność, że w środku nie jest surowy. Filety przełożone na talerz, na który wcześniej wyłożyłam kawałki czosnku, posypałam posiekaną natką pietruszki. Można podać je np. z grzankami z bagietki, posmarowanymi masłem czosnkowym, no i oczywiście z towarzyszącym zazwyczaj grillowaniu piwem. Bez wątpienia będą smakowały jeszcze lepiej przygotowane na prawdziwym grillu, przy świetle gwiazd lub lampionów.
sobota, 22 czerwca 2013
wtorek, 18 czerwca 2013
Jajka i szparagi
Znów mogę gotować! Wprawdzie nie na kuchence gazowej, bo jej odpalenie wciąż grozi wybuchem, ale na wygrzebanym z piwnicy palniku elektrycznym. Należał do moich Dziadków, a teraz, zapewne niespodziewanie dla siebie samego, przeżywa drugą młodość. Kluczową sprawą, dzięki której znów mogę wyżywać się kulinarnie, było też kupno patelni. Oczywiście najpierw dokonałam rozeznania w Internecie, gdzie znalazłam artykuł o Cyganie, który na poznańskim Rynku Jeżyckim sprzedawał patelnie żeliwne, ponoć własnej produkcji. Jako, że postanowiłam kupić właśnie żeliwną patelnię, to udaliśmy się z Moim Mężczyzną na poszukiwanie wspomnianego Roma, niestety zakończone fiaskiem. W sklepach z artykułami gospodarstwa domowego nie odpowiadały nam ceny, aż w końcu w TK Maxx znaleźliśmy włoską, emaliowaną patelnię z żeliwa o średnicy 27 cm, przecenioną z prawie 300 zł na 99. Jeszcze tego samego dnia przyrządziłam na niej karmelizowane zielone szparagi z talarkami obgotowanych wcześniej młodych ziemniaków, przyprawione tylko solą i pieprzem i podane z sadzonym jajkiem. Proste i skuteczne. Pół pęczka szparagów, które mi zostało, wylądowało następnego poranka w jajecznicy z dodatkiem trzech młodych cebulek, kilkoma plastrami wiejskiej szynki wieprzowej i pomidorem. Głupio podawać przepis na jajecznicę, ale chcąc sprawdzić, czy szparagi przed dodaniem do jajecznicy należy ugotować, stwierdziłam, że nie brakuje w blogosferze przepisów na to podstawowe danie. Dzięki temu dowiedziałam się, że dobrze jest uprzednio podgotować pokrojone w kawałki szparagi przez ok. 3 minuty. Jajecznica była pyszna i większość jej została z miejsca skonsumowana, tak że do sfotografowania zostały tylko mało reprezentacyjne resztki.
Wczoraj Mój Mężczyzna sprowadził do domu swojego głodnego kolegę. Korzystając z tego, co miałam pod ręką, a więc znów jajek, szparagów (chcemy maksymalnie wykorzystać kończący się powoli sezon na nie), młodych ziemniaków i puszki tuńczyka w sosie własnym, zrobiłam coś na kształt frittaty. Tym razem podam przepis, chociaż ma on podobny poziom trudności do przepisu na jajecznicę.
FRITTATA Z ZIELONYMI SZPARAGAMI
7-8 młodych ziemniaków, 7 szparagów, 4 duże jajka, puszka tuńczyka w sosie własnym, sól, pieprz, suszony tymianek, gałka muszkatołowa, 2 łyżki masła
Ziemniaki pokroiłam w talarki i ugotowałam al dente w lekko osolonej wodzie. Następnie podgotowałam pokrojone w 2-3 cm kawałki szparagi (3-4 minuty w wodzie ze szczyptą soli i cukru). W miseczce rozbełtałam jajka, starannie jak na omlet, z dodatkiem soli, pieprzu, świeżo startej gałki muszkatołowej i sporą ilością suszonego tymianku.
Następnie na patelni rozpuściłam masło, chwilę podsmażyłam na nim szparagi i ziemniaki, po czym zalałam masą jajeczną i dodałam kawałki tuńczyka. Lekko mieszając poczekałam, aż jajka się odpowiednio zetną. Gotowe!
Oczywiście zamiast tuńczyka można użyć szynki, boczku lub kiełbasy. Panowie najedli się i byli wyraźnie ukontentowani, a ja miałam satysfakcję, że udało mi się ich nakarmić mimo moich skromnych warunków kuchennych. Nie mam jeszcze w kuchni mebli, a jako blatu grzbietu nadstawia lodówka. Zlew to bardzo pomysłowa, ale prowizoryczna i chwiejna konstrukcja, a na nowej patelni i małym emaliowanym garnuszku kończy się mój asortyment naczyń do gotowania. Duży garnek, jedyny, jaki posiadaliśmy, zaginął gdzieś w czasie przeprowadzki, więc przede mną kolejna misja - zakup solidnego garnka. Powinnam zmienić tytuł bloga na "Kuchnia polowa bez tajemnic". Poniżej skromnie ukryty za lasem szparagów bohater tej kuchni, który po kilku użyciach przestał nareszcie śmierdzieć przypalanym kurzem.
Wczoraj Mój Mężczyzna sprowadził do domu swojego głodnego kolegę. Korzystając z tego, co miałam pod ręką, a więc znów jajek, szparagów (chcemy maksymalnie wykorzystać kończący się powoli sezon na nie), młodych ziemniaków i puszki tuńczyka w sosie własnym, zrobiłam coś na kształt frittaty. Tym razem podam przepis, chociaż ma on podobny poziom trudności do przepisu na jajecznicę.
FRITTATA Z ZIELONYMI SZPARAGAMI
7-8 młodych ziemniaków, 7 szparagów, 4 duże jajka, puszka tuńczyka w sosie własnym, sól, pieprz, suszony tymianek, gałka muszkatołowa, 2 łyżki masła
Ziemniaki pokroiłam w talarki i ugotowałam al dente w lekko osolonej wodzie. Następnie podgotowałam pokrojone w 2-3 cm kawałki szparagi (3-4 minuty w wodzie ze szczyptą soli i cukru). W miseczce rozbełtałam jajka, starannie jak na omlet, z dodatkiem soli, pieprzu, świeżo startej gałki muszkatołowej i sporą ilością suszonego tymianku.
Następnie na patelni rozpuściłam masło, chwilę podsmażyłam na nim szparagi i ziemniaki, po czym zalałam masą jajeczną i dodałam kawałki tuńczyka. Lekko mieszając poczekałam, aż jajka się odpowiednio zetną. Gotowe!
Oczywiście zamiast tuńczyka można użyć szynki, boczku lub kiełbasy. Panowie najedli się i byli wyraźnie ukontentowani, a ja miałam satysfakcję, że udało mi się ich nakarmić mimo moich skromnych warunków kuchennych. Nie mam jeszcze w kuchni mebli, a jako blatu grzbietu nadstawia lodówka. Zlew to bardzo pomysłowa, ale prowizoryczna i chwiejna konstrukcja, a na nowej patelni i małym emaliowanym garnuszku kończy się mój asortyment naczyń do gotowania. Duży garnek, jedyny, jaki posiadaliśmy, zaginął gdzieś w czasie przeprowadzki, więc przede mną kolejna misja - zakup solidnego garnka. Powinnam zmienić tytuł bloga na "Kuchnia polowa bez tajemnic". Poniżej skromnie ukryty za lasem szparagów bohater tej kuchni, który po kilku użyciach przestał nareszcie śmierdzieć przypalanym kurzem.
sobota, 25 maja 2013
Chłodnik ogórkowy
Było ciepło jak latem, dziś marznę jak jesienią. Pokażę Wam mój ogórkowy chłodnik, choć wspominam raczej ogórkową na ciepło, bo milej połechtałaby mój żołądek w ten przenikający wilgocią dzień.
Impulsem do przygotowania chłodnika była nie tyle aura, co fakt, że nie mogę korzystać od kilku już tygodni z kuchenki gazowej, gdyż grozi to wysadzeniem w powietrze siebie oraz innych mieszkańców bloku. Tęsknota za gotowaniem zaczęła mi szybko doskwierać, więc koiłam ją przyrządzaniem różnych past do chleba i obkładów do tostów. Gdy to nie wystarczyło, postanowiłam ugotować coś bez gotowania czyli zrobić właśnie chłodnik. Wybrałam chłodnik ogórkowy, ponieważ jego produkcja ogranicza się do krojenia, siekania, doprawiania i mieszania.
Wybór ten okazał się niefortunny w kontekście gustu Mojego Mężczyzny. Przyznał, że nie przepada za świeżymi ogórkami i zawsze zostawiał mizerię. Rzeczywiście, mojej mizerii też ledwie posmakował i jestem pocieszona, że to wina samego warzywa, a nie moich umiejętności. Spróbował jednak mojego chłodnika i stwierdził, że nawet nie musi się do niego zmuszać. Sukces!
Sama jeszcze jakiś czas temu nie lubiłam zielonych ogórków, a także koperku i chłodników w ogóle. Trochę chyba na przekór sobie i swoim uprzedzeniom wybrałam taką potrawę i z zadowoleniem stwierdzam, że mój smak wciąż się rozwija i przekonuję się do rzeczy, których wcześniej nie tykałam. Ciekawi mnie naukowa strona tego zjawiska. Jeżeli ją zgłębię, nie omieszkam o tym tutaj napomknąć.
Teraz natomiast mogę uraczyć Was ciekawostką znalezioną w prasie: otóż podobno jeśli spróbujemy kilka razy rzeczy, która nam nie smakuje, a potem nie będziemy ruszać jej przez kilka tygodni, to po tym czasie organizm sam upomni się o uprzednio nielubiany produkt i niechęć zostanie pokonana. Spróbujecie?
Ja może spróbuję, chociaż na samą myśl o kilkukrotnym zjedzeniu np. słodyczy lukrecjowych, robi mi się niedobrze. Może jednak nie warto się zmuszać? W końcu antypatia do surowych ogórków, koperku, chłodnika i brukselki przeszła mi sama z siebie.
CHŁODNIK OGÓRKOWY
400 g ogórków gruntowych (czyli ok. 5 małych ogórków o kaktusowatej skórce z kłującymi wypustkami), 400 ml kefiru (akurat miałam go w lodówce, ale jako że narzuca on bardzo płynną konsystencję, może będziecie woleli gęsty jogurt naturalny), duży ząbek czosnku, papryczka chili, świeży koperek, sok z połowy limonki, łyżka cukru pudru, sól, pieprz
Ogórki pokroiłam drobno, zalałam kefirem, dorzuciłam drobno posiekany ząbek czosnku i piekielnie ostrą małą kenijską czerwoną papryczkę, pozbawioną pestek dla ugaszenia choć trochę pożaru, który potrafi ona rozniecić. (No dobrze, szczerze mówiąc, użyłam dwóch takich papryczek i dwóch ząbków czosnku, ale uznałam, że poziom pikantności był zbyt wysoki i postanowiłam podać w przepisie mniejszą ilość).
Następnie doprawiłam chłodnik solą i pieprzem oraz sokiem z limonki i cukrem pudrem. Ilość tych dwóch ostatnich też podałam w przybliżeniu, gdyż oczywiście trzeba odpowiednio balansować tymi składnikami, żeby uzyskać pożądaną słodko-kwaśność.
Wstawiłam chłodnik na kilka godzin do lodówki, żeby smaki się przegryzły.
Oto lekki posiłek inspirowany kuchnią polską, ale też orientalną, ze względu na zawartość ostrej papryczki i limonki. Nie bez powodu w krajach o gorącym klimacie spożywa się bardzo ostre potrawy, a więc pikantność podczas upału będzie tu dodatkowym atutem. Warto zagryzać chłodnik dobrym chlebem razowym na zakwasie, który łagodzi palące właściwości papryczki.
Impulsem do przygotowania chłodnika była nie tyle aura, co fakt, że nie mogę korzystać od kilku już tygodni z kuchenki gazowej, gdyż grozi to wysadzeniem w powietrze siebie oraz innych mieszkańców bloku. Tęsknota za gotowaniem zaczęła mi szybko doskwierać, więc koiłam ją przyrządzaniem różnych past do chleba i obkładów do tostów. Gdy to nie wystarczyło, postanowiłam ugotować coś bez gotowania czyli zrobić właśnie chłodnik. Wybrałam chłodnik ogórkowy, ponieważ jego produkcja ogranicza się do krojenia, siekania, doprawiania i mieszania.
Wybór ten okazał się niefortunny w kontekście gustu Mojego Mężczyzny. Przyznał, że nie przepada za świeżymi ogórkami i zawsze zostawiał mizerię. Rzeczywiście, mojej mizerii też ledwie posmakował i jestem pocieszona, że to wina samego warzywa, a nie moich umiejętności. Spróbował jednak mojego chłodnika i stwierdził, że nawet nie musi się do niego zmuszać. Sukces!
Sama jeszcze jakiś czas temu nie lubiłam zielonych ogórków, a także koperku i chłodników w ogóle. Trochę chyba na przekór sobie i swoim uprzedzeniom wybrałam taką potrawę i z zadowoleniem stwierdzam, że mój smak wciąż się rozwija i przekonuję się do rzeczy, których wcześniej nie tykałam. Ciekawi mnie naukowa strona tego zjawiska. Jeżeli ją zgłębię, nie omieszkam o tym tutaj napomknąć.
Teraz natomiast mogę uraczyć Was ciekawostką znalezioną w prasie: otóż podobno jeśli spróbujemy kilka razy rzeczy, która nam nie smakuje, a potem nie będziemy ruszać jej przez kilka tygodni, to po tym czasie organizm sam upomni się o uprzednio nielubiany produkt i niechęć zostanie pokonana. Spróbujecie?
Ja może spróbuję, chociaż na samą myśl o kilkukrotnym zjedzeniu np. słodyczy lukrecjowych, robi mi się niedobrze. Może jednak nie warto się zmuszać? W końcu antypatia do surowych ogórków, koperku, chłodnika i brukselki przeszła mi sama z siebie.
CHŁODNIK OGÓRKOWY
400 g ogórków gruntowych (czyli ok. 5 małych ogórków o kaktusowatej skórce z kłującymi wypustkami), 400 ml kefiru (akurat miałam go w lodówce, ale jako że narzuca on bardzo płynną konsystencję, może będziecie woleli gęsty jogurt naturalny), duży ząbek czosnku, papryczka chili, świeży koperek, sok z połowy limonki, łyżka cukru pudru, sól, pieprz
Ogórki pokroiłam drobno, zalałam kefirem, dorzuciłam drobno posiekany ząbek czosnku i piekielnie ostrą małą kenijską czerwoną papryczkę, pozbawioną pestek dla ugaszenia choć trochę pożaru, który potrafi ona rozniecić. (No dobrze, szczerze mówiąc, użyłam dwóch takich papryczek i dwóch ząbków czosnku, ale uznałam, że poziom pikantności był zbyt wysoki i postanowiłam podać w przepisie mniejszą ilość).
Następnie doprawiłam chłodnik solą i pieprzem oraz sokiem z limonki i cukrem pudrem. Ilość tych dwóch ostatnich też podałam w przybliżeniu, gdyż oczywiście trzeba odpowiednio balansować tymi składnikami, żeby uzyskać pożądaną słodko-kwaśność.
Wstawiłam chłodnik na kilka godzin do lodówki, żeby smaki się przegryzły.
Oto lekki posiłek inspirowany kuchnią polską, ale też orientalną, ze względu na zawartość ostrej papryczki i limonki. Nie bez powodu w krajach o gorącym klimacie spożywa się bardzo ostre potrawy, a więc pikantność podczas upału będzie tu dodatkowym atutem. Warto zagryzać chłodnik dobrym chlebem razowym na zakwasie, który łagodzi palące właściwości papryczki.
piątek, 22 marca 2013
Krem z groszku
Czy Buka z "Muminków" opanowała nasz kraj i nie zamierza się stąd wynieść? Czy ziszcza się wizja naukowców, którzy wieścili powrót epoki lodowcowej? Wszystkich nas dręczą teraz te pytania, bo zima gości u nas już od pół roku, ale śnieg wciąż nie topnieje a mrozy nie puszczają. Pierwszy dzień kalendarzowej wiosny minął bez echa, a ja martwię się, kiedy i w jakim stanie pojawią się młode warzywa, na które od dawna z utęsknieniem czekam. Póki co pocieszam się warzywami zamrożonymi, zapuszkowanymi i zakonserwowanymi w słoikach, a czasem sięgam po świeże produkty rolne importowane z krain, dla których Matka Natura jest łaskawsza.
W duchu nadziei utrzymana jest zupa z groszku, który mimo, że zamrożony jak nasza przyroda, to nadał potrawie intensywnie zielony, iście wiosenny, kolor. Sezonowa depresja odbiera chęć do pracy, dlatego użyłam kostek rosołowych, mimo że ich skład chemiczny może przerażać. Nie dajmy się jednak zwariować. Przecież to jeden z wynalazków, który powstał, by ułatwić nam życie, dostępny również w wersji ekologicznej, a i glutaminian sodu może nie taki straszny, jak go malują. Przecież Japończycy odkryli w nim piąty smak - umami. Jak zwykle najważniejszy jest umiar.
KREM Z GROSZKU
450 g mrożonego groszku, 1 litr wody, pierś z kurczaka, pół małej cebuli, 3 ziemniaki, ząbek czosnku, kostka bulionu drobiowego, kostka bulionu warzywnego, sól, pieprz biały, sproszkowane chili, grzanki czosnkowe, 2 łyżki oleju
Gotujemy ziemniaki. W drugim garnku rozgrzewamy olej. Podsmażamy na nim pokrojoną w kostkę pierś z kurczaka, którą wyjmujemy. Na ten sam olej wrzucamy posiekaną cebulkę i czosnek. Gdy się zrumienią, zalewamy je wodą. Kiedy woda się zagotuje, rozpuszczamy w niej kostki rosołowe i wrzucamy groszek. Gotujemy go do miękkości. Doprawiamy solą i pieprzem, dodajemy ziemniaki i miksujemy zupę na krem. Jeśli uważamy, że jest za słodka, możemy dodać trochę soku z cytryny. Przelewamy na talerze, dodajemy do każdej porcji kilka kostek kurczaka i grzanki czosnkowe (użyłam gotowych, idąc leniwym tropem bulionu z kostki, ale możemy pokroić chleb w drobne kostki, obtoczyć je w sproszkowanym czosnku, wymieszać z odrobiną oliwy i wstawić na blasze do piekarnika - pół godziny, 100 stopni). Dla ozdoby posypujemy szczyptą chili.
W duchu nadziei utrzymana jest zupa z groszku, który mimo, że zamrożony jak nasza przyroda, to nadał potrawie intensywnie zielony, iście wiosenny, kolor. Sezonowa depresja odbiera chęć do pracy, dlatego użyłam kostek rosołowych, mimo że ich skład chemiczny może przerażać. Nie dajmy się jednak zwariować. Przecież to jeden z wynalazków, który powstał, by ułatwić nam życie, dostępny również w wersji ekologicznej, a i glutaminian sodu może nie taki straszny, jak go malują. Przecież Japończycy odkryli w nim piąty smak - umami. Jak zwykle najważniejszy jest umiar.
KREM Z GROSZKU
450 g mrożonego groszku, 1 litr wody, pierś z kurczaka, pół małej cebuli, 3 ziemniaki, ząbek czosnku, kostka bulionu drobiowego, kostka bulionu warzywnego, sól, pieprz biały, sproszkowane chili, grzanki czosnkowe, 2 łyżki oleju
Gotujemy ziemniaki. W drugim garnku rozgrzewamy olej. Podsmażamy na nim pokrojoną w kostkę pierś z kurczaka, którą wyjmujemy. Na ten sam olej wrzucamy posiekaną cebulkę i czosnek. Gdy się zrumienią, zalewamy je wodą. Kiedy woda się zagotuje, rozpuszczamy w niej kostki rosołowe i wrzucamy groszek. Gotujemy go do miękkości. Doprawiamy solą i pieprzem, dodajemy ziemniaki i miksujemy zupę na krem. Jeśli uważamy, że jest za słodka, możemy dodać trochę soku z cytryny. Przelewamy na talerze, dodajemy do każdej porcji kilka kostek kurczaka i grzanki czosnkowe (użyłam gotowych, idąc leniwym tropem bulionu z kostki, ale możemy pokroić chleb w drobne kostki, obtoczyć je w sproszkowanym czosnku, wymieszać z odrobiną oliwy i wstawić na blasze do piekarnika - pół godziny, 100 stopni). Dla ozdoby posypujemy szczyptą chili.
poniedziałek, 11 marca 2013
Placek cytrynowy
Dawno nic nie piekłam, więc korzystając z wizyty w domu rodzinnym, wyposażonym w lepszy piekarnik, postanowiłam naprędce przygotować coś na deser. Nie miałam pojęcia, co by to miało być, skierowałam więc swoje kroki do półki z książkami kucharskimi i wyjęłam pierwszą z brzegu. Była to "Kuchnia z Zielonego Wzgórza" Elaine i Kelly Crawford, zawierająca przepisy autorki "Ani z Zielonego Wzgórza", o której zdarzyło mi się już pisać na moim starszym blogu (dla zainteresowanych rudzielcami, Anią Shirley i syropem imbirowym - link tutaj). Przerzucając jej strony w poszukiwaniu natchnienia, trafiłam na "Placek cytrynowy Maud", którego wszystkie składniki miałam pod ręką, a wykonanie wydawało się szybkie i nieskomplikowane. Przystąpiłam więc do dzieła, a kiedy zorientowałam się, że przepis nie uwzględnia spodu, który niewątpliwie się przyda, postawiłam na sprawdzony sposób na błyskawiczne niby-ciasto czyli pokruszone herbatniki zmiksowane z roztopionym masłem. Nadawałby się tu biszkopt lub kruche ciasto, ale nie miałam czasu na ich przygotowanie.
Poniżej przytaczam fragment książki o placku cytrynowym, pochodzący z rozdziału "Wytworny i oficjalny obiad". Być może przygotowanie takowego jest na tyle czaso- i pracochłonne, że zarówno czasu, jak i pracy trzeba sobie zaoszczędzić przy deserze.
"Maud mogła być dumna ze swojego placka cytrynowego. W jej notatniku kulinarnym znajdują się też cudze przepisy na rozmaite odmiany tego ciasta, jednak najwięcej komplementów zebrał jej przepis, czasem w zadziwiających okolicznościach.
Jednym okiem śledzę swoją pisaninę, drugim obserwuję masę do placka cytrynowego. Przypomina mi się kompelemnt, którym zostałam obdarzona zeszłej niedzieli - angielski kompelement. Gościliśmy doktora Schofielda, lekarza - misjonarza z Korei. To bystry, acz pozbawiony taktu człowiek, który niczego się nie boi. Chyba podziela typową dla Anglików pogardę dla prymitywnych mieszkańców kolonii, ale po zjedzeniu drugiej porcji cytrynowego placka powiedział: <Przynajmniej naprawdę potraficie zrobić placek cytrynowy> [...] Pamiętam, że jedyny kompelent, jaki wypowiedział pod moim adresem wuj Leander, był taki, że piekę najlepsze ciasta. I kto twierdzi, że droga do serca mężczyzny nie wiedzie przez żołądek? Mogłabym mówić językami ludzi i aniołów - czego bynajmniej nie robię - a z pewnością nie wzbudziłoby to entuzjazmu doktora Schofielda. A plackowi się udało"*.
Nie wiem, czy ciasto to wzbudzi entuzjazm Mojego Mężczyzny, gdyż to nic innego jak wyłożony na spód i przykryty odrobiną białek lemon curd, który przyjął raczej sceptycznie, kiedy poczęstowałam go nadmiarem kremu, powstałym przy okazji robienia tych babeczek. Rzeczywiście jest to smak intensywny i kontrowersyjny, a przez to budzący skrajne emocje. Ja osobiście jako wielbicielka smaków trudnych lubię anglosaski lemon curd, więc w razie czego będę w stanie w pojedynkę opróżnić blachę.
Najpierw podaję przepis żywcem przepisany z książki, a poniżej moje do niego uwagi.
"PLACEK CYTRYNOWY MAUD
1 szklanka cukru, 2 łyżki skrobii kukurydzianej, starta skórka i sok z 1 cytryny, 1/8 łyżeczki soli, 1 całe jajo, 2 żółtka, 1 szklanka wody, 2 białka, 2 łyżki cukru
Nalej 1 cal (2,5 cm) wody na dno garnka do gotowania na parze i zagotuj.
Wsyp do miski cukier i zmieszaj go ze skrobią, startą skórką i sokiem z cytryny, solą, całym jajkiem i dwoma żółtkami. Dobrze wymieszaj.
Wlej szklankę wody do górnej części garnka do gotowania na parze. Gdy tylko się zagotuje, wlej, mieszając, zawartość miski. Gotuj, aż zgęstnieje, około 15 minut. Lekko ostudź i wylej na upieczony spód.
Ubij białka na sztywno z dwiema łyżkami cukru i rozprowadź na placku. Przyrumień w piekarniku w temperaturze 220 st. C przez 5 minut".
Nie posiadam specjalnego garnka do gotowania na parze, co więcej nigdy czegoś takiego nie widziałam na własne oczy, zagotowałam więc trochę wody w rondlu, na którym postawiłam miskę, w której zagotowałam szklankę wody. Krem długo pozostawał zbyt płynny, więc przeżyłam kolejny kuchenny lęk, sądząc, że źle zinterpretowałam oryginalny przepis. Na szczęście po 20 minutach mieszania od czasu do czasu zgęstniał nieco, a dzieła dopełniło schłodzenie go przy otwartym oknie, zza którego wpadało powietrze zbyt zimne jak na marzec, a następnie wstawienie gotowego deseru do lodówki.
Spód zrobiłam rozgniatając 200 g herbatników tłuczkiem do mięsa, które wymieszałam z rozpuszczonym w rondelku masłem. Tak powstałą masą wykleiłam prostokątną formę.
*, ** Elaine Crawford i Kelly Crawford - "Kuchnia z Zielonego Wzgórza. Przepisy L. M. Montgomery", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007
Poniżej przytaczam fragment książki o placku cytrynowym, pochodzący z rozdziału "Wytworny i oficjalny obiad". Być może przygotowanie takowego jest na tyle czaso- i pracochłonne, że zarówno czasu, jak i pracy trzeba sobie zaoszczędzić przy deserze.
"Maud mogła być dumna ze swojego placka cytrynowego. W jej notatniku kulinarnym znajdują się też cudze przepisy na rozmaite odmiany tego ciasta, jednak najwięcej komplementów zebrał jej przepis, czasem w zadziwiających okolicznościach.
Jednym okiem śledzę swoją pisaninę, drugim obserwuję masę do placka cytrynowego. Przypomina mi się kompelemnt, którym zostałam obdarzona zeszłej niedzieli - angielski kompelement. Gościliśmy doktora Schofielda, lekarza - misjonarza z Korei. To bystry, acz pozbawiony taktu człowiek, który niczego się nie boi. Chyba podziela typową dla Anglików pogardę dla prymitywnych mieszkańców kolonii, ale po zjedzeniu drugiej porcji cytrynowego placka powiedział: <Przynajmniej naprawdę potraficie zrobić placek cytrynowy> [...] Pamiętam, że jedyny kompelent, jaki wypowiedział pod moim adresem wuj Leander, był taki, że piekę najlepsze ciasta. I kto twierdzi, że droga do serca mężczyzny nie wiedzie przez żołądek? Mogłabym mówić językami ludzi i aniołów - czego bynajmniej nie robię - a z pewnością nie wzbudziłoby to entuzjazmu doktora Schofielda. A plackowi się udało"*.
Nie wiem, czy ciasto to wzbudzi entuzjazm Mojego Mężczyzny, gdyż to nic innego jak wyłożony na spód i przykryty odrobiną białek lemon curd, który przyjął raczej sceptycznie, kiedy poczęstowałam go nadmiarem kremu, powstałym przy okazji robienia tych babeczek. Rzeczywiście jest to smak intensywny i kontrowersyjny, a przez to budzący skrajne emocje. Ja osobiście jako wielbicielka smaków trudnych lubię anglosaski lemon curd, więc w razie czego będę w stanie w pojedynkę opróżnić blachę.
Najpierw podaję przepis żywcem przepisany z książki, a poniżej moje do niego uwagi.
"PLACEK CYTRYNOWY MAUD
1 szklanka cukru, 2 łyżki skrobii kukurydzianej, starta skórka i sok z 1 cytryny, 1/8 łyżeczki soli, 1 całe jajo, 2 żółtka, 1 szklanka wody, 2 białka, 2 łyżki cukru
Nalej 1 cal (2,5 cm) wody na dno garnka do gotowania na parze i zagotuj.
Wsyp do miski cukier i zmieszaj go ze skrobią, startą skórką i sokiem z cytryny, solą, całym jajkiem i dwoma żółtkami. Dobrze wymieszaj.
Wlej szklankę wody do górnej części garnka do gotowania na parze. Gdy tylko się zagotuje, wlej, mieszając, zawartość miski. Gotuj, aż zgęstnieje, około 15 minut. Lekko ostudź i wylej na upieczony spód.
Ubij białka na sztywno z dwiema łyżkami cukru i rozprowadź na placku. Przyrumień w piekarniku w temperaturze 220 st. C przez 5 minut".
Nie posiadam specjalnego garnka do gotowania na parze, co więcej nigdy czegoś takiego nie widziałam na własne oczy, zagotowałam więc trochę wody w rondlu, na którym postawiłam miskę, w której zagotowałam szklankę wody. Krem długo pozostawał zbyt płynny, więc przeżyłam kolejny kuchenny lęk, sądząc, że źle zinterpretowałam oryginalny przepis. Na szczęście po 20 minutach mieszania od czasu do czasu zgęstniał nieco, a dzieła dopełniło schłodzenie go przy otwartym oknie, zza którego wpadało powietrze zbyt zimne jak na marzec, a następnie wstawienie gotowego deseru do lodówki.
Spód zrobiłam rozgniatając 200 g herbatników tłuczkiem do mięsa, które wymieszałam z rozpuszczonym w rondelku masłem. Tak powstałą masą wykleiłam prostokątną formę.
*, ** Elaine Crawford i Kelly Crawford - "Kuchnia z Zielonego Wzgórza. Przepisy L. M. Montgomery", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007
niedziela, 10 lutego 2013
Ab ovo
Dzisiaj niedziela. Leniwa, niezorganizowana, późno rozpoczęta. Na śniadanie pasta jajeczna, bo jajka to symbol nowego początku, a każdy dzień może nim być.
Uwielbiam własnoręcznie zrobione pasty, bo są smaczniejsze niż te kupione, poza tym wiem, że mają tylko naturalne składniki, bo sama je połączyłam. Żadnych polepszaczy, konserwantów, barwników.
Ostatnio polubiłam koperek, od którego stroniłam przez całe życie. Cieszę się, gdy udaje mi się przekonać do smaku, do którego żywiłam jakąś nieuzasadnioną niechęć. Koperek to taka swojska i tania roślina, w dodatku mocno pachnąca i sympatyczna z wyglądu - ciemnozielona, włochata i rozczochrana. Jeśli ktoś go mimo wszystko nie lubi, może oczywiście zastąpić go szczypiorkiem.
Energetyzujący żółty i dający nadzieję zielony na dobry start w nowy dzień.
Życzę Wam udanej niedzieli i dorzucam link do wpisu na moim drugim blogu, gdzie pisałam już kiedyś o żółtym jedzeniu i podawałam przepis na podobną pastę z jajek.
PASTA JAJECZNA Z KOPERKIEM
Na 3 bułki:
2 jajka ugotowane na twardo, 2 czubate łyżeczki majonezu, łyżeczka musztardy Dijon, sól, pieprz, pół pęczka posiekanego koperku (pocięłam go nożyczkami razem z łodyżkami, bo podobno w nich zioła chowają sporą część swojego aromatu), 1/8 cebuli
Jajka i cebulę siekamy drobno, dodajemy koperek. W misce lub plastikowym pojemniku mieszamy je z majonezem i musztardą, przyprawiamy solą i pieprzem. Można zmiksować na gładką masę, ale mi podoba się pasta, której strukturę tworzą kawałki jajek i koperkowe włosy.
Uwielbiam własnoręcznie zrobione pasty, bo są smaczniejsze niż te kupione, poza tym wiem, że mają tylko naturalne składniki, bo sama je połączyłam. Żadnych polepszaczy, konserwantów, barwników.
Ostatnio polubiłam koperek, od którego stroniłam przez całe życie. Cieszę się, gdy udaje mi się przekonać do smaku, do którego żywiłam jakąś nieuzasadnioną niechęć. Koperek to taka swojska i tania roślina, w dodatku mocno pachnąca i sympatyczna z wyglądu - ciemnozielona, włochata i rozczochrana. Jeśli ktoś go mimo wszystko nie lubi, może oczywiście zastąpić go szczypiorkiem.
Energetyzujący żółty i dający nadzieję zielony na dobry start w nowy dzień.
Życzę Wam udanej niedzieli i dorzucam link do wpisu na moim drugim blogu, gdzie pisałam już kiedyś o żółtym jedzeniu i podawałam przepis na podobną pastę z jajek.
PASTA JAJECZNA Z KOPERKIEM
Na 3 bułki:
2 jajka ugotowane na twardo, 2 czubate łyżeczki majonezu, łyżeczka musztardy Dijon, sól, pieprz, pół pęczka posiekanego koperku (pocięłam go nożyczkami razem z łodyżkami, bo podobno w nich zioła chowają sporą część swojego aromatu), 1/8 cebuli
Jajka i cebulę siekamy drobno, dodajemy koperek. W misce lub plastikowym pojemniku mieszamy je z majonezem i musztardą, przyprawiamy solą i pieprzem. Można zmiksować na gładką masę, ale mi podoba się pasta, której strukturę tworzą kawałki jajek i koperkowe włosy.
sobota, 2 lutego 2013
Chlebek mandarynkowy
Przyszła mi ostatnio ochota na ciasto mandarynkowe. Piekłam je już kiedyś według przepisu szeroko eksploatowanego w Internecie czyli tego autorstwa Nigelli Lawson. Jej mandarynkowiec (ściślej mówiąc - klementynkowiec) jest niezwykle prosty, smaczny w interesujący sposób, bardzo aromatyczny, a może nawet zdrowy, bo zamiast białej mąki używa się do niego zmielonych migdałów. Jego zaletą niewątpliwie jest też fakt, iż można go jeść przez kilka dni, gdyż jest bardzo wilgotny. Aby dorzucić do przepisu coś od siebie, dodałam do niego świeżego imbiru i marcepanu. Być może dobrym pomysłem byłoby także ugotowanie mandarynek z przyprawami korzennymi, np. korą cynamonu, goździkami i gałką muszkatołową, na to jednak wpadłam zbyt późno.
Moje ciasto mandarynkowe piekłam w tym zmiennocieplnym piekarniku, którego wahania nastroju nie powinny dziwić, jako że widnieje na nim żeńskie imię "Ewa". Wydłużyło to czas pieczenia, jednak Ewa nie jest zła do cna i pozbawiona samokontroli, gdyż ostatnio powstrzymała się od wybuchu, mimo że na całą noc zostawiłam ją z niedokręconym kurkiem gazu.
Mandarynkowiec można upiec w tortownicy, ja jednak jestem dumną posiadaczką dwóch jedynie form do ciasta - silikonowej do tarty i blaszanej do keksu, wybrałam zatem tą drugą, nadając mojemu wyrobowi kształt i nazwę chlebka.
Możemy użyć klementynek, mandarynek lub pomarańczy, a może i gejpfrutów. Nie wykluczam eksperymentów w przyszłości.
CHLEBEK MANDARYNKOWY
(na podstawie przepisu Nigelli Lawson)
6 mandarynek, 6 jajek, 250 g mielonych migdałów, 250 g cukru, łyżeczka proszku do pieczenia, duży kawałek posiekanego korzenia imbiru, 100 g masy marcepanowej
Mandarynki gotujemy w wodzie przez 2 godziny, studzimy. Wtedy miksujemy je, dodajemy resztę składników i znów miksujemy. Pieczemy przez godzinę w 190 stopniach. Najlepiej zostawić na całą noc do ostygnięcia.
Moje ciasto mandarynkowe piekłam w tym zmiennocieplnym piekarniku, którego wahania nastroju nie powinny dziwić, jako że widnieje na nim żeńskie imię "Ewa". Wydłużyło to czas pieczenia, jednak Ewa nie jest zła do cna i pozbawiona samokontroli, gdyż ostatnio powstrzymała się od wybuchu, mimo że na całą noc zostawiłam ją z niedokręconym kurkiem gazu.
Mandarynkowiec można upiec w tortownicy, ja jednak jestem dumną posiadaczką dwóch jedynie form do ciasta - silikonowej do tarty i blaszanej do keksu, wybrałam zatem tą drugą, nadając mojemu wyrobowi kształt i nazwę chlebka.
Możemy użyć klementynek, mandarynek lub pomarańczy, a może i gejpfrutów. Nie wykluczam eksperymentów w przyszłości.
CHLEBEK MANDARYNKOWY
(na podstawie przepisu Nigelli Lawson)
6 mandarynek, 6 jajek, 250 g mielonych migdałów, 250 g cukru, łyżeczka proszku do pieczenia, duży kawałek posiekanego korzenia imbiru, 100 g masy marcepanowej
Mandarynki gotujemy w wodzie przez 2 godziny, studzimy. Wtedy miksujemy je, dodajemy resztę składników i znów miksujemy. Pieczemy przez godzinę w 190 stopniach. Najlepiej zostawić na całą noc do ostygnięcia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















