czwartek, 13 marca 2014

Kotlety schabowe w mące z fistaszków z ziemniakami i surówką z selera i ananasa

     Po raz pierwszy mam zaszczyt gościć na moim blogu kotlet schabowy, króla polskich stołów, oczywiście w towarzystwie jego tradycyjnej świty czyli ziemniaków i surówki. Tym razem król ma jednak nowe szaty i zamiast grubym okryciem z bułki tartej, otulony jest cienkim, złotym płaszczykiem z mielonych orzeszków ziemnych. W kubraczkach występują też młode ziemniaki, bo szkoda mi było obierać je z ich cieniutkiej skórki. Orszak zamyka surówka z surowego korzenia selera, którego smak wciąż jest dla mnie problematyczny, dlatego jego też przyozdobiłam złotem, dodając ananasa. Tak oto powstał ten tercet, niby ograny, ale ciut egzotyczny.


KOTLETY SCHABOWE W MĄCE Z FISTASZKÓW Z ZIEMNIAKAMI I SURÓWKĄ Z SELERA I ANANASA

Na 2 osoby:

360 g schabu (kupiłam 5 oczyszczonych już plastrów mięsa), mąka z orzeszków ziemnych (zmielone na mąkę orzeszki kupuję, gdy tylko je dorwę w jakimś markecie, ale jeśli Wam się nie uda, możecie sami zmielić orzechy, niekoniecznie na pył), jajko, sól, pieprz, olej do smażenia

młode ziemniaki

surówka: 250 g selera, 2 łyżki jogurtu naturalnego, łyżka soku z cytryny, łyżka majonezu, łyżka chrzanu, pół puszki ananasa w kawałkach - odsączonego z syropu

Zaczynamy od wstawienia ziemniaków, a następnie robimy surówkę. Selera obieramy i ścieramy na tarce o średnich oczkach. Mieszamy z sokiem z cytryny i kawałkami ananasa. Doprawiamy jogurtem, majonezem i chrzanem, ewentualnie odrobiną soli. 

Jeśli mamy cały kawał mięsa, musimy je oczyścić i pokroić na plastry centymetrowej grubości. Kotlety rozbijamy cienko, energicznie tłukąc je młotkiem do mięsa.

Na jednym talerzu rozbełtujemy jajko, które doprawiamy solą i pieprzem. Na drugi talerz wysypujemy mąkę orzechową w ilości "na oko".

Na patelnię wlewamy olej i mocno go rozgrzewamy.  Jeśli położymy kotlety na zimny tłuszcz, panierka nim nasiąknie.
Schabowe obtaczamy najpierw w jajku, a potem w mące i smażymy na złoto, po ok. 5 minut z każdej strony.





wtorek, 11 marca 2014

Makaron ryżowy z kurczakiem, brukselką i ananasem w sosie teriyaki

     Jeszcze niedawno narzekałam na nudę panującą wśród dostępnych zimą krajowych warzyw, a teraz, u progu wiosny, przestraszyłam się nagle, że za chwilę zostaną one wyparte przez młode jarzyny. Pomyślałam o brukselce, z którą romansuję od niedawna, a która właśnie powoli wychodzi z obiegu.
Myśląc, jak ją przyrządzić, by nie była blada i wymęczona w wodzie, postanowiłam zeswatać ją z ananasem, bo takiej konfiguracji jeszcze nie próbowałam. Następnym skojarzeniem był sos teriyaki, który świetnie komponuje się z zielonymi warzywami (np. fasolką, bobem czy groszkiem cukrowym). W ten sposób na horyzoncie zamajaczyła Japonia, więc idąc tym tropem, wymarzyłam sobie makaron soba, którego nigdy nie jadłam. 
Japończycy teriyaki łączą najczęściej z rybą, zaplanowany został więc łosoś. Życie oczywiście zweryfikowało marzenia - Piotr i Paweł, w którym spodziewałam się znaleźć makaron gryczany, zawiódł mnie, nie chcąc więc narażać Pana D. na medytację przed regałem z żywnością orientalną, wzięłam makaron ryżowy. Rybę zastąpiłam kurczakiem, który z lodówki wołał o wykorzystanie. Ananas miał być świeży, ale tam, gdzie po niego poszłam, zastałam owoce pokryte warstwą pleśni, którym pióropusze same już wypadały z głowy, z rezygnacją więc kupiłam ananasa w puszce.
Mimo niezgodności z zamierzeniami, udało mi się stworzyć pyszne danie w japońskim stylu. Nawet brukselka wczuła się w klimat i z niewyjaśnionych przyczyn smakowała zupełnie jak wasabi! Może to dzieki zaromatyzowaniu oleju czosnkiem i imbirem, a może dzięki krótkiemu smażeniu?


MAKARON RYŻOWY Z KURCZAKIEM, BRUKSELKA I ANANASEM W SOSIE TERIYAKI

250 g makaronu ryżowego (cienkie nitki), 200 g brukselki (ok. 15 niewielkich sztuk), 1/2 puszki ananasa pokrojonego w kostkę + łyżka syropu, 2 małe piersi z kurczaka, opakowanie gotowej marynaty teriyaki - 120 g (użyłam tego - ma w składzie  mirin - japońską winną przyprawę, którą zapewne trudno dostać osobno), 2 ząbki czosnku, mały kawałek imbiru, olej roślinny do smażenia, garść nasion słonecznika

Najlepiej byłoby smażyć w woku, ale jako, że nie stanowi on standardowego wyposażenia każdego polskiego domu, to poradzimy sobie też przy użyciu innej patelni.


Na początek na suchą, rozgrzaną patelnię wrzucamy ziarenka słonecznika i czekamy, aż zaczną orzechowo pachnieć i trochę się zrumienią. Gdy będą już uprażone, zdejmujemy je z patelni i odkładamy do posypania dania na koniec.

Przygotowujemy też inne składniki. Filety z kurczaka myjemy, oczyszczamy, kroimy w kostkę lub paski. Brukselkę myjemy, pozbawiamy brzydkich wierzchnich liści i twardych końcówek, kroimy na połówki.
Czosnek drobno siekamy, imbir możemy posiekać ultra-drobno lub zetrzeć. 

Na patelni rozgrzewamy 2 łyżki oleju. Wrzucamy na niego czosnek i imbir, podsmażamy minutę. Dorzucamy kurczaka, smażymy kolejne 2 minuty, mieszając. Teraz dodajemy brukselkę i podsmażamy jeszcze 3 minuty.
W tym czasie możemy zalać makaron wrzątkiem, posolić delikatnie i przykryć, żeby zmiękł.

Zalewamy zawartość patelni marynatą i mieszamy. Dodajemy kawałki ananasa i łyżkę syropu z puszki. Całość dusimy jeszcze kilka minut.

Makaron odcedzamy i wrzucamy na patelnię, jeśli jest ona dość duża. Jeśli nie, to robimy odwrotnie - zawartość patelni dolewamy do garnka z makaronem. Tak czy inaczej, chodzi o to, żeby wymieszać jedno z drugim.

Nakładamy do miseczek, posypujemy słonecznikiem.





niedziela, 9 marca 2014

Poland cooks for Holland. Hummus


Moja droga M.!


     To fantastycznie, że Twoja kariera rozwija się tak pomyślnie, choć oczywiście jest drobny tego minus: brak czasu na korespondencję, gotowanie i czytanie.
Ja sama, choć mam czasu wolnego więcej niż Ty i choć od zawsze cenię wysoko słowo pisane, zauważyłam, że nie mam już takiej cierpliwości do książek, co kiedyś. Także przeglądając niezliczone blogi kulinarne, zazwyczaj rzucam okiem na zdjęcie potrawy i listę składników, a w tekst zagłębiam się tylko, jeśli widzę, że warto lub chcę ugotować coś podobnego. Chcąc nie chcąc bierzemy udział w ewolucji ludzkiego mózgu, jakiej ten podlega pod wpływem internetu. To naturalny mechanizm obronny. Musimy jakoś filtrować zalewający nas ocean obrazów, słów i dźwięków, żeby nie zwariować. Oczywiście tu też jest druga strona medalu: mamy łatwy i szybki dostęp do informacji z całego świata i nawet nie ruszając się z miejsca zamieszkania mamy poczucie, że każdy zakątek globu jest na wyciągnięcie ręki.
     Nie będę dłużej snuć tych dość oczywistych dywagacji, bo w związku z powyższymi uwagami chciałam ograniczyć ilość słów. Także przepis będzie dziś błyskawiczny i niewymagający nawet gotowania. Wystarczy, że zmiksujesz wszystkie składniki i hummus, o którym mowa, gotowy. Zapewne spotkałaś się już z tą zdrową pastą, która zyskała uznanie na całym świecie, zwłaszcza wśród wegetarian i wegan. Co do jej pochodzenia, to trwa na tym tle libańsko-izraelski spór. Libańczycy nieraz już podejmowali zakończone fiaskiem próby zastrzeżenia nazwy "hummus", podczas gdy w Izraelu jest to ważny towar eksportowy, uważany zapewne za wynalazek izraelski.
     Jako, że wkrótce znów będziesz w Izraelu, być może zdarzy Ci się jeść tamtejszy hummus, a może sama go przyrządzisz? Jestem też ciekawa, co Twój A. ma do powiedzenia na temat tego specjału jako rodowity Izraelczyk. Podobno mieszkaniec Izraela zjada średnio 10 kg hummusu rocznie!
      
     Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę Ci, żebyś dalej tak dziarsko podbijała świat! I żebyśmy spotkały się koniecznie, kiedy znów zawitasz do ojczyzny!

F.

P.S. Pytanie czysto techniczne: czy nie powinnam pisać do Ciebie bez polskich znaków?



HUMMUS

Tradycyjnie przyrządzanie hummusu zapewne jest bardziej czasochłonne, bo wymaga ugotowania ciecierzycy i cierpliwego utarcia jej na gładką masę. Jeśli jednak mamy pod ręką puszkę ugotowanej już cieciorki i urządzenie miksujące, to hummus uzyskamy w kilka minut.


puszka ciecierzycy,  sok z połowy cytryny, 2 ząbki czosnku, sól, łyżka tahini - pasty z sezamu, 2 łyżki oliwy

Całość miksujemy. Jeśli pasta jest za gęsta, możemy ją rozcieńczyć wodą. Ja od razu dodałam łyżkę wody z puszki z cieciorką i konsystencja była bez zarzutu.

Najczęściej hummus jada się z pitą, ale będzie smaczny z każdym innym pieczywem. Sprawdza się też jako dip do surowych, pokrojonych w słupki warzyw, zwłaszcza na imprezach.
Warto posypać go słodką lub ostrą papryką, orzeszkami pinii lub innymi orzeszkami/ziarenkami, posiekaną natką lub zatarem.



piątek, 7 marca 2014

Banoffee pie

     Nieczynny piekarnik oznacza smutną egzystencję bez możliwości pieczenia ciast i ciasteczek, w której główną pociechę stanowi czekolada. Istnieje jednak kilka deserów, które można przyrządzić bez piekarnika, by tą smutną egzystencję nieco sobie osłodzić. Jednym z nich jest banoffee pie, którego nigdy wcześniej nie jadłam. Ten zrobiony przeze mnie wczoraj był więc debiutem, do którego musiałam przygotować się merytorycznie. Poszperawszy w różnych zakątkach internetu, zdecydowałam się oprzeć na recepturze z programu  The Hairy Bikers. Zachęcił mnie raczej tytuł przepisu, brzmiący "Best-ever banofee pie", niż powierzchowność dwóch rzeczywiście włochatych prowadzących. 
Nie mając porównania nie wiem, czy to naprawdę najlepsze takie ciasto na świecie, ale niewątpliwie niezwykle smaczne. Muszę jednak zaznaczyć, iż mimo, że pozostałe komponenty deseru równoważą bardzo słodkie toffee, to i tak jest to propozycja dla osób z wysokim poziomem tolerancji słodyczy.
     Jedyną moją modyfikacją było dodanie serka mascarpone, bo nie przepadam za bitą śmietaną (czy słyszę okrzyki zdumienia?). Dzięki temu obyło się też bez użycia miksera, który leży gdzieś w piwnicy pod stertą innych gratów. Zapytacie, czego jeszcze brakuje w mojej kuchni? Długo by wymieniać...


BANOFEE PIE

Spód:

250 g czekoladowych herbatników petit beurre, 200 g masła

Toffee:

115 g masła, 115 g brązowego cukru, 400 ml słodzonego mleka skondensowanego (można też przez 2 godziny gotować zamkniętą puszkę takiego mleka, żeby odpowiednio zgęstniało - będzie mniej słodko i tłusto, ale zależało mi na czasie)

Wierzch:

250 g serka mascarpone, 100 ml śmietany 30 %, 2 łyżki cukru pudru, 4 banany, 2 kostki czekolady deserowej lub kakao do posypania


BANOFFEE NALEŻY PRZYRZĄDZIĆ Z KILKUGODZINNYM WYPRZEDZENIEM, BO NAJLEPSZE JEST, GDY SPĘDZI TROCHĘ CZASU W LODÓWCE


Herbatniki musimy rozdrobnić na piasek. Jeśli mamy robota kuchennego, to jego pomoc będzie nieoceniona. Jeśli nie (ja oczywiście go nie posiadam), możemy rozbić herbatniki tłuczkiem do mięsa. Trzeba je tylko najpierw szczelnie owinąć folią spożywczą, żeby okruchy nie latały dookoła nas. Można też spróbować zrobić to przez zamknięte opakowanie, ale uznałam to za nieco ryzykowne.
Masło roztapiamy i mieszamy z pokruszonymi ciasteczkami.
Powstałą masą wylepiamy formę do tarty.

Aby zrobić toffee, rozpuszczamy masło na małym ogniu. Dosypujemy cukier i mieszamy, aż się rozpuści. Wtedy dodajemy skondensowane mleko, zagotowujemy ciągle mieszając i gotujemy trzy minuty, żeby masa nieco ściemniała i zgęstniała.

Gotowe toffee wylewamy na spód, odstawiamy do całkowitego ostygnięcia. Na toffee rozkładamy plasterki 1-2 bananów, wciskając je delikatnie do środka.

Mascarpone ubijamy ze śmietaną i 2 łyżkami cukru pudru - ręcznie lub mikserem, ale niezbyt sztywno.
Dodajemy pozostałe banany, pokrojone w kostkę. Mieszamy delikatnie, ale dokładnie.

Pokrywamy spód z toffee serkiem ze śmietaną. Na wierzch ścieramy trochę czekolady deserowej lub sypiemy kakao (równomiernie, przez sitko).

Wstawiamy do lodówki na co najmniej godzinę.

Kroimy w niewielkie trójkąty. Jeden mały kawałek jednorazowo w zupełności wystarczy, bo to deser rozpustny, ale też dość zapychający.





Sałatka Cezar

     Czasami, kiedy dopada mnie smutek nieznanego pochodzenia, zaczynam pisać, by znaleźć jego źródło. Teraz też piszę, bo mi smutno, ale tym razem powód jest mi znany. Otóż mój młodszy Brat postanowił dołączyć do licznej rzeszy Polaków pracujących w Wielkiej Brytanii i wyjeżdża na pół roku do Anglii. To, co jeszcze kilka dni temu wydawało mi się odległym w czasie planem, nagle stało się faktem!
     Pół roku to niedużo, ale z pewnością zdążę się stęsknić za Braciszkiem i jego wizytami, na które zawsze starałam się przygotować do jedzenia coś, co będzie mu smakowało. Na dzisiejszą, pożegnalną wizytę, wybrałam sałatkę Cezar z kurczakiem, bo Brat jest wielbicielem sałatek i kurczaka. Na deser przygotowałam banoffee pie,  bo nie wymaga użycia piekarnika, a banany to bodaj jego ulubione owoce (o banoffee napiszę osobno).
     Sałatka Cezar powszechnie kojarzona jest z kurczakiem, choć wersja oryginalna ponoć wcale nie miała go w składzie. Ten może wydawać się ubogi, ale całe bogactwo kryje się w bardzo wyrazistym dressingu. 
    Sałatka nosząca imię swojego twórcy, Caesara Cardiniego, który skomponował ją w latach 20-tych XX wieku w południowej Kalifornii lub meksykańskiej Tijuanie, miała niemal stulecie, by rozszerzyć swoją sławę z Hollywood na cały świat i doczekać się przeróżnych wariacji na swój temat. Bazę stanowią sałata rzymska, jajka (na twardo lub na miękko albo użyte jako składnik dressingu), parmezan i grzanki. Reszta to kwestia indywidualna.
     Mam nadzieję, że moja wersja smakowała mojemu Bratu i że będzie tęsknił za moją kuchnią, a okres rozłąki minie nim się obejrzę i wkrótce znów będę się zastanawiać, jakim specjałem go u siebie podjąć. 


SAŁATKA CEZAR

Na 3-4 osoby

główka sałaty rzymskiej, 2 piersi z kurczaka, ciabatta, oliwa do smażenia, sól, pieprz, kawałek parmezanu

dressing:

2 ząbki czosnku, 3 fileciki anchois, jajko, 6 łyżek oliwy extra vergine, łyżka sosu Worcestershire, sok z połowy cytryny, sól, pieprz, 2 łyżki tartego parmezanu


Sałatę dzielimy na liście i dokładnie myjemy, a potem osuszamy.

Dressing możemy przygotować wcześniej, nawet poprzedniego dnia. 

Zaczynamy od doprowadzenia jajka do temperatury pokojowej, żeby pod wpływem gorącej wody nie pękła jego skorupka. Możemy w tym celu potrzymać je w ciepłej wodzie.
Potem sparzamy jajko. Zalewamy je na minutę wrzątkiem, po czym zalewamy zimną wodą. Niektórzy używają surowych żółtek albo podają sałatkę z jajkami ugotowanymi na miękko lub twardo i nie dodają ich już wtedy do sosu.

W misce rozgniatamy posiekany drobno czosnek i fileciki anchois ze szczyptą soli. Najlepiej zrobić to tłuczkiem od moździerza, a jeśli takiego nie mamy, np. wypukłą stroną łyżki.

Dodajemy sok z połowy cytryny i sos Worcestershire.

Następnie rozbijamy sparzone wcześniej jajko i rozbełtujemy je z dotychczasowymi składnikami dressingu.

Teraz powoli wlewamy oliwę, cały czas ubijając sos widelcem, tak jakbyśmy robili majonez.

Na koniec dodajemy starty ser i doprawiamy świeżo zmielonym pieprzem. Sól nie będzie już raczej potrzebna.

Liście sałaty rwiemy palcami na mniejsze kawałki i rozkładamy na talerzach. Polewamy dressingiem i mieszamy z sałatą, najlepiej ręcznie.

Teraz pora na kurczaka. Umyte i oczyszczone z błon filety kroimy w paski, delikatnie solimy i pieprzymy. Smażymy na patelni grillowej z niewielką ilością oliwy.

Na tej samej patelni możemy przyrządzić grzanki, oczywiście po usunięciu z niej najpierw mięsa. Moje puściło nieco wody, więc zlałam ją z patelni i wlałam trochę świeżej oliwy.

Ciabattę rwiemy palcami na kawałki, dzięki czemu będzie lepiej nasiąkała oliwą, niż gdyby została pokrojona nożem.
Smażymy grzanki na złoto, obsypując je lekko solą i pieprzem.

Kawałki kurczaka i grzanki układamy na sałacie, dzieląc w miarę sprawiedliwie.

Na koniec każdą porcję honorujemy płatkami parmezanu, uzyskanymi za pomocą obieraczki do warzyw.





poniedziałek, 3 marca 2014

Naleśnikowy wtorek i orzechowo-korzenne pancakes

     W Tłusty Czwartek nie chciało mi się smażyć pączków, więc poszłam na łatwiznę i kupiłam je w dwóch pobliskich cukierniach. Kiedy wracając z nimi do domu poczułam na klatce schodowej ciepły, waniliowy zapach rumieniących się w rozgrzanym tłuszczu domowych smakołyków, pożałowałam jednak, że to nie z mojego mieszkania dochodzą te drażniące nozdrza sąsiadów aromaty. Pomyślałam, że uczczę jakoś przynajmniej Zapusty, chociaż znów idąc na łatwiznę, bo ograniczając się do naleśników. Pancake Tuesday to wprawdzie tradycja anglosaska, a nie polska, ale na pączki nie mam już ochoty, a w robieniu faworków wyręczyła mnie Mama.
     Od rana miałam podły nastrój, ale rozchmurzyłam się na myśl o miłej i prostej czynności smażenia naleśników oraz jeszcze milszej i prostszej perspektywie ich jedzenia. Niestety uśmiech szybko spełzł mi z twarzy, bo okazało się, że naleśniki przywarły do patelni i nie sposób przewrócić je na drugą stronę. Emaliowana żeliwna patelnia, z której okazyjnego zakupu byłam tak zadowolona, po raz kolejny zawiodła mnie przy próbie uzyskania kształtnych, okrągłych placuszków. Szybko więc sięgnęłam po jedyną dostępną mi alternatywę - patelnię grillową. Ciasto rozlewało się między jej rowkami, tworząc kształty dość odległe raczej od powszechnie spotykanych w przypadku pancake'ów, ale przynajmniej udało mi się jakoś zrumienić je z obu stron, zachowując przy tym jakąkolwiek formę.
     Skorzystałam z przepisu Marthy Stewart, choć ilekroć trafiam w telewizji na jej program, nie mogę wyjść z podziwu, że naprawdę płacą jej ciężkie pieniądze za pokazywanie publiczności takich bzdur, jak np. przyozdabianie skórzanych torebek, skutkujące drastycznym ich zeszpeceniem. Od siebie dodałam mielone fistaszki i przyprawę korzenną. Amerykańskie pancakes jadłam bardzo dawno, ale po przypomnieniu sobie ich smaku stwierdzam z całą pewnością, że wolę większe, cieńsze, pozbawione proszku do pieczenia i  nadziewane polskie naleśniki.



ORZECHOWO-KORZENNE PANCAKES

pół szklanki mąki tortowej, pół szklanki mąki z orzeszków ziemnych (albo innych mielonych orzechów), 2 łyżki brązowego cukru trzcinowego, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, 2 łyżeczki mieszanki przypraw korzennych albo samego cynamonu, pół łyżeczki soli, szklanka mleka, 2 łyżki oleju roślinnego lub roztopionego masła, duże jajko, olej do smażenia


W jednej misce mieszamy składniki suche - mąkę, orzeszki, cukier, proszek do pieczenia, sól i przyprawy, a w drugiej mokre - masło/olej, jajko i mleko. Wsypujemy suche składniki do mokrych i łączymy niezbyt dokładnie, pozwalając sobie na małe grudki, tak jak przy robieniu muffinów.

Patelnię smarujemy olejem i rozgrzewamy. Wlewamy na nią małe porcje ciasta (przy pomocy małej chochli lub kubka z dzióbkiem), by uzyskać niewielkie placuszki. 
Smażymy 1-2 minuty z jednej strony, a gdy na powierzchni pojawią się bąbelki, przewracamy na drugą stronę i smażymy jeszcze minutę.
Pancakes układamy na talerzu w wieżyczkę. Jedna porcja to 5-10 pancake'ów, w zależności od apetytu.
Na wierzchu kładziemy kawałek masła lub polewamy miodem, syropem (klonowym, z agawy, golden syrup) lub przekładamy masłem orzechowym albo kremem czekoladowym... Co tylko dusza zapragnie!

Z tej ilości ciasta wychodzi ok. 16 placuszków. Te, których nie zjemy, możemy ostudzić i schować do lodówki na później albo na jutro. 


Oto moje kuriozalne w kształcie pancakes:






Tu natomiast możecie zobaczyć rezultaty mojego poprzedniego podejścia do tematu amerykańskich mini-naleśników. O podwójnym znaczeniu słowa flapjack pisałam kiedyś na moim poprzednim blogu.

sobota, 1 marca 2014

Krem marchewkowy z kuskusem

     Wiosna snuje się po okolicy już od pewnego czasu. Nie szczędzi promieni słonecznych i wysokich temperatur, każąc myśleć o zmianie garderoby i menu. O ile zimowego płaszcza nie odkładam jeszcze do szafy, o tyle w kuchni już nabrałam ochoty na nowe rzeczy. Wprawdzie wystrój na straganach z warzywami nie zmienił się tak radykalnie, jak w sklepach z ubraniami, ale zupełnie nie przeszkadza to w przejściu od ciężkich zup i ziemniaczanych jednogarnkowców do potraw lżejszych. 
     Takim przedwiosennym, międzysezonowym daniem jest prezentowany dziś krem z marchwii - wciąż gęsty i rozgrzewający, ale lekkostrawny i w pięknym, żywym kolorze. Imbir, kuskus i harrisa nadają mu bliskowschodniego charakteru.
     Podaję wersję wegetariańską, ale łatwo wzbogacić zupę o pokrojoną w kostkę i podsmażoną pierś z kurczaka lub indyka. 
     Warto ją ugotować dla samego zapachu, jaki dochodzi z garnka, gdy podsmażamy imbir, czosnek, a także marchew (dla wydobycia głębszego smaku) z aromatyczną mieszanką przypraw.


KREM MARCHEWKOWY Z KUSKUSEM 

2 ząbki czosnku, kawałek korzenia imbiru, łyżeczka przyprawy harrisa - suszonej lub w paście (mieszanka kolendry, kuminu, pieprzu cayenne, gałki muszkatołowej, czosnku, goździków, cynamonu i pieprzu malagueta), 7 dużych marchewek, 800 ml bulionu warzywnego, sól, pieprz, sok z cytryny, 100 g kuskusu, płatki migdałowe, oliwa do smażenia


Czosnek i imbir siekamy drobno. Podsmażamy minutę, mieszamy z harrisą i smażymy kolejną minutę. 

Dodajemy pokrojoną jakkolwiek marchew i smażymy ok. 5 minut.

Zalewamy wszystko wywarem warzywnym i gotujemy, aż marchew zmięknie.

W międzyczasie przygotowujemy kaszkę kuskus i prażymy na suchej patelni płatki migdałowe.

Gotową zupę blendujemy i doprawiamy solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Mieszamy z kuskusem.

Rozlewamy do miseczek i posypujemy porcje płatkami migdałowymi.